Odkąd pamiętam, szukałam swojego miejsca w sieci. Takiej wirtualnej białej kartki, która przyjmie wszystko i za nic się nie obrazi. Bloga, który przetrwałby dłużej niż tydzień (cóż, to nie jest pierwsze moje podejście do blogowania) i był zbieraniną wszystkiego tego, co kocham. Mam wrażenie, że właśnie dziś odnalazłam się w blogosferze.
A wszystko, pośrednio, przez Anetę Jadowską i jej "Zwycięzcę". Jak tylko gruchnęła wieść, że w Empikach "Zwycięzca bierze wszystko" pojawił się dzień przed premierą, że już, już można go dostać w swoje łapki, wciągnąć w nozdrza zapach nowych, świeżo wydrukowanych stron i zapomnieć się po raz trzeci, poleciałyśmy jak na skrzydłach. A właściwie, jak prawdziwe wiedźmy-psychofanki, wsiadłyśmy na miotły. Po drodze wywiązała się między mną, a moją wiedźmią przyjaciółką krótka rozmowa:
Leah (Ruda): Ciekawa jestem, czy nam się "Zwycięzca" spodoba. Pamiętasz te wątpliwości przy "Bogach"?
Ysia: Pamiętam. Jak nam się nie spodoba, to mam zamiar przedyskutować to z Anetą przy najbliższej okazji - tutaj jedna z Trzech wybuchnęła śmiechem. W oczach czaił się ten głód przygody, ta nigdy do końca nie zaspokojona ciekawość, którą dobrze zna każdy mól książkowy. I za którą tak bardzo tęskni.
Leah: Wiesz, ja zawsze chciałam recenzować książki. Ale nie mam na to czasu. Ledwo go znajduję, żeby czytać dla przyjemności, a co dopiero, żeby czytać i recenzować.
Moja przyjaciółka tylko wzruszyła ramionami i odparła, rezolutnie:
Ysia: To czytaj dla przyjemności i pisz sobie recenzje gdzieś na jakimś blogu, też dla przyjemności. Wtedy nikt nie będzie ci miał za złe Twoich opinii ani tego, że na przykład, niczego nie zrecenzowałaś przez trzy miesiące.
Tak więc założyłam "gdzieś tam jakiś blog" i będę pisać recenzje. Na pierwszy ogień pójdzie "Zwycięzca bierze wszystko" Anety Jadowskiej. Niech no tylko skończę czytać!
Podsumowując: nazywam się Leah Jacobs, jestem ruda i czytam...dla przyjemności. A potem recenzuję.
Da się Ciebie czytać, jakoś to będzie. Bylebyś czytała/pisała z większym zapałem niż się odchudzasz, hohoho baronie!
OdpowiedzUsuń